"BAKCYL KINA" Miesięcznik "Kino" nr 1/2002 tekst: Andrzej Kołodyński

"BAKCYL KINA"

Miesięcznik "Kino" nr 1/2002

tekst: Andrzej Kołodyński


Ponad 40 dziwnych, zaskakujących filmów. Nie tylko z Polski. W poznańskim Zamku po raz piąty odbywał się festiwal offów.

Off, czyli produkcja pozasystemowa. Jaka jest? Przede wszystkim niazależna - czyli nie mieszcząca się w systemach komercyjnych, to znaczy w kinach i telewizji. A po przeglądzie poznańskim, po tym, co wcześniej można było obejrzeć na obrzeżach festiwalu w Gdyni, powiedzieć należy, że nie da się wepchnąć do żadnego wspólnego kotła. Koniec z regułami. Nie ma sensu podział na amatorów i profesjonalistów, skoro tak zwani amatorzy robią często filmy całkiem profesjonalne. W każdym razie warsztatowo, bo w tym, co jest treścią przekazu, zawsze odzywa się przekorna nuta autorskiego szaleństwa. Wszystko, co nosi wyraźne autorskie piętno - napisali organizatorzy w informacji o festiwalu. Brzmi to niejasno, ale sprawdza się w praktyce. Technicznie są to realizacje na taśmie 35mm i magnetycznej, zapisane na kasetach S-VHS i VHS. Betacam? Chyba też, zresztą nie wiem, bo to nie od strony techniki zasługują na uwagę. Oczywiście, jakby nieoficjalny charakter tej produkcji sprawia, że jest w niej sporo sztubackiego wygłupu, że powstają filmy, które bawią tylko grono najbliższych kolegów. Kiedy jednak wyjdzie się z takiego dołka i odważnie przekroczy granice prywatnego dowcipu, powstać może prawdziwy film. Trzeba tylko spróbować dojrzeć rzeczywistość. Ładny przykład to film "W 80 lat dookoła Paderka" Witolda Roy - Zalewskiego i Tymoteusza Zalewskiego. Jest w nim rocznicowość, oficjałka, szkolne żarty, ale jest też dramatyczna historia przez duże "H". Zgoda, ta mieszanka chwilami irytuje nonszalancją i niedojrzałością, ale jednak wyczuwa się w niej świeżość. W tym filmie z całą pewnością chodzi o coś Ważnego.

Nie mam zamiaru dyskredytować filmów, które zatrzymują się na poziomie zabawy. Ale ich autorzy na ogół nie wiedzą, jak zabawić innych. Wydaje im się, że najłatwiejszy sposób to wykorzystać formułę jakiegoś "prawdziwego" gatunku, najlepiej musicalu. Wtedy śmiechom nie ma końca - ale na rozbrajająco naiwnym szczeblu. Wolę już sposób, w jaki skorzystali z gatunkowej formuły SF Jakub Kaczyński i Łukasz Drobnik robiąc półgodzinne "Gwiezdne wojny epizod XIII". Dowcip w tym niemrawy, ciągnięty za uszy, za to efekty specjalne wypracowane i pomysłowe... To zrozumiałe, że triki i możliwości techniczne fascynują młodych ludzi, którzy połknęli bakcyla kina. A że można z tego zrobić inteligentną zabawę świadczy niemiecki film " Coś we mnie" [ Kann ich was Abhaben ?] Johannesa Kassenberga i Klausa Reinella, którego bohater wygięty w pozycji w pozycji w kucki mknie jak torpeda nad światem i nie może się zatrzymać. Na ekranie wynikają z tego surrealistyczne sytuacje, na koncu realizatorzy z humorem odsłaniają swój trikowy warsztat. Z kolei technologiczną wyobraźnią w futurologicznym stylu imponował animowany "Cykl" Pawła Sadaja z gdańskiej ASP. Było na co popatrzeć. Przy okazji trzeba jednak zauważyć, że takie surrealistyczne filmy są w pewnym sensie samograjami. Trudno ocenić je jednoznacznie. Zawsze otwierają jakąś furtkę dla dodatkowej interpretacji, zawsze też jest w nich warstwa autoironii. Ale także sporo zapożyczeń, przed którymi najwidoczniej nie sposób się obronić. W czeskim "Młynie" (Mlyn) Michała Panduli i Martina Lanika mechanizm upiornej zabawki najdosłowniej wciąga ludzi i przemienia w nowe mechaniczne elementy: Svankmajer się kłania. Z innych filmów wyziera i Beckett, i Mrożek, stosownie do ambicji, a generalnie zabawa przeciąga sie ponad miarę, nawet jeśli ma obiecujący początek, jak w górnośląskim westernie "Dwaj z Teksasu" Józefa Kłyka i Wojciecha Wikarka.

Wiadomo, że niedoświadczonemu filmowcowi najwięcej kłopotów sprawia rzeczywistość, którą ma przed nosem. Z techniką, z językiem narracji jakoś da sobie radę, ale za konkretami zaczyna się sztuka. I już nie da się nigdzie uciec. Było kilka filmów zręcznych, których jednak nie sposób opowiedzieć choćby w kilka minut po seansie. Pozostają pojedyńcze obrazki: piękna młoda para kumkająca jak żaby w "Quak" Wolfganga Dinslage'a (Niemcy), samochód na tle kolorowego horyzontu, ciągnięty przez zaprzęgniętych w sznury zmęczonych mężczyzn w "Gościach" Macieja Górskiego, ogłupiały chłopak przed oknem dziewczyny, która go wyrzuciła - końcówka erotycznej groteski "Igor" (reż. Loth Balazs, Orosz Denes, Węgry). I co dalej? Nic.

Tylko parę filmów z poznańskiego programu świadczyło o większych ambicjach i determinacji twórców. W greckiej etiudzie "Nic złego nie widzisz" (reż. Ari Bafalouka) mała dziewczynka ma do czynienia ze śmiercią. Jest dzieckiem, któremu jeszcze obce jest to pojęcie i które musi się jakoś znaleźć w przerastającej je sytuacji. Znakomity film. Polski "Gwałt" (reż. Marcin Aziukiewicz) sensacyjny temat przemienia w okrutne i pozbawione sentymentów studium obyczajowe. "Dziwaczka" (Freaky, reż. Gabriele Neudecker) delikatnie rysuje na tle pocztówkowego krajobrazu austriackiej wioski dramat nieprzystosowanej dziewczyny, rosyjkiej emigrantki. Polska ankieta - "Poland: the Upate" (real. Joanna Sanecka, Krzysztof Sakho i Dennis Wojda) z socjologiczną pasją, ale bez ulegania stereotypom zapisuje opinie cudzoziemców mieszkających w naszym kraju. Pasjonujący seans! Wreszcie prawdziwe odkrycie festiwalu, prawie godzinny film "Sceny z użycia" Darka Borowskiego i Cezarego Andrejczuka. Temat: narkomania. Pokazani bezlitośnie, z zimnym naturalizmem, w którym jednak nie ma ani chęci epatowania widza, ani też moralizowania. Nerwowa kamera jest jak skalpel wrzynający się głęboko pod powierzchnię żywego ciała. Pozostaje wrażenie bolesnej, nagiej prawdy. to bardzo wiele.

Byłem jednym z jurorów tego festiwalu, głosowałem za przyznaniem głównej nagrody filmowi o narkomanach, inne, które zapamiętałem, wymieniam powyżej. Uważam, że poznański konkurs ma znaczenie i przyszłość.